All rights reserved

Zgodnie z przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, wszelkie prawa do wszystkich fotografii na tym blogu są własnością autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie jest zabronione!!!

niedziela, 6 listopada 2011

nieprzystosowana do czasow w jakich zyje?

jestem inna. zawsze bylam.....
choc nie zawsze cierpialam na bezsennosc...

czy ja musze sie tak gmatwac?

czasem mam wrazenie, ze odmiennosc moich pogladow wywoluje reakcje, w efekcie ktorej czuje sie, jakby ktos przeciagnal mnie przez tarke...

zostane bezdzietna stara panna.
i pewnie bede miec kota. albo psa.

czasem po prostu was facetow tak ciezko zrozumiec...
jak nie jestesmy zazdrosne, to nam niby nie zalezy... nie interesujemy sie...
intersujemy sie i pojawi sie kilka oczekiwan, calkiem racjonalnych jak na moj gust, to jestesmy zaborcze. i to tez jest zle. gdzie jest wiec ten cholerny zloty srodek? no gdzie?

zastanawiam sie, czy jesli mezczyzna nie jest sklonny na pewne kompromisy i sie tak mocno buntuje, to czy on na prawde kocha? bo my kobiety jesli kochamy, to jestesmy sklonne do poswiecen i kompromisow.

mam 30 lat i mam wrazenie, ze zyje na innej planecie.
mam chyba dusze jakiejs niepoprawnej romantyczki i licze na cuda...

a zycie daje kopy i trze...

z drugiej strony pewnie odzywa sie moj uparty charakterek typowego zodiakalnego barana...
jak sobie wbije cos do glowy...

ech... to swiat zwariowal, a ja jestem zbyt konserwatywna, by sie dostosowac...

dlatego nie pozostaje mi nic innego, niz kupic sobie kota. albo psa...

czwartek, 20 października 2011

***

mam wrazenie, ze stoje nad zgliszczami...
nic nie jest takie jakie bylo jeszcze pare tygodni temu.
nic nie jest takie, jak pare miesiecy temu.
i jest mi zal... straconych marzen...
czuje pustke i samotnosc.

milosc chyba wyglada inaczej...

co dalej jest?

Gleboko wierze w cos takiego, jak karma. Energia, ktora wysylamy wraca do nas i to czesto z podwojna intensywnoscia. Wierze, ze robiac czy mowiac cos, nie zostanie to bez echa. Wierze, ze wroci to do mnie. Nie jutro, nie za dwa tygodnie, ale moze za rok, a moze za pare lat, ale to wroci.
Karma moze ciagnac sie przez kilka wcielen i czasem musimy odpokutowac nasze bledy z poprzednich zyc. Mysle, ze bylam bardzo zlym czlowiekiem, skoro moja obecna powloka tyle juz przeszla i ciagle jeszcze nie skonczyla placenia za bledy mojego wczesniejszego wcielenia... bardzo mi przykro z tego powodu, ale mysle, ze swiadomosc jest juz jakims krokiem do przodu.
nie, nie jestem kims, kto plywa w swoim cierpieniu. juz nie.
jestem osoba, ktora w kazdym dzialaniu dopatruje sie nauki i glebszego sensu.
ucze sie zatem.
probuje byc szczesliwa, ale ciagle mam pod gorke i jest mi z tego powodu smutno.
dzis uswiadomilam sobie bowiem, ze poniekad place za to, jaka bylam w stosunku do mojego bylego partnera. okreslam nasz zwiazek jako poprawny. stabilny. zrownowazony i przyjacielski, ale nie od poczatku tak bylo. na poczatku bywalo roznie, telefon fruwal w powietrzu i czesto myslalam o rozstaniu, bywalam zdystansowana i dosc chlodna.
i dzis wlasnie dotarlo do mnie cos. nie wiem, moze to nie tak. moze sie myle. moj obecny jest sympatycznym facetem, ale... nasz wspolny urlop dal mi do myslenia i byc moze mialam sie czegos nowego o zyciu dowiedziec w takim malym skrocie.

przez te lata nauczylam sie cierpliwie czekac i tym razem tak zrobie. poczekam i zobacze co przyniesie los, bo w koncu nic sie nie dzieje bez przyczyny.

wtorek, 20 września 2011

bezsennosc w wielkim miescie. odc. 14573633

Od wielu dni malo spie.
W pracy zlewaja mi sie strony, literki, slepne.
(a propos pracy: pracujac w dziale technicznym mam opanowane systemy i programy i nie tylko i nie mam problemow zbytnio z ogarnieciem tego, co na codzien robie, ale tej maski bloga to ja nie moglam rozgryzc i serio, ktos to powinien jakos ulepszyc, bo z dashboard nie umialam przejsc do bloga, jako takiego... )

Wlasciwie to nie chcialam ani o pracy ani o bezsennosci, choc meczy mnie, jak zmora babokowa.

Wlasciwie to chcialam o tym, ze Lord Chaos kazal mi ostatnio sobie zapisac, zebym nie zapomniala, iz jestem KOBIETA jego ZYCIA...

W pierwszej chwili kobiete ogarnia euforia. W drugiej zalacza sie racjonalne myslenie. Ze niby jak? Ja? I co to oznacza? A czy swojej bylej tez powiedzial, ze wowczas byla kobieta jego zycia? Przeciez z nia tez chcial psa i dzieci i dom i w gruncie rzeczy to mogloby przeciez swiadczyc o niedojrzalosci emocjonalnej, prawda?
No i w koncu po czym mezczyzna poznaje, ze dana kobieta jest kobieta jego zycia? No po czym? Dlaczego jedna nia jest, a inna nie, albo dla jednego sie nia jest, a dla kogos innego niestety nie?
Byc moze nie ma na to teorii. Byc moze to kwestia uczuc? Ale mimo iz sie kogos kocha, czesto nie mozna sobie wielu rzeczy wyobrazic... A moze wtedy to nie jest milosc? Skoro nie jestesmy w stanie wyobrazic sobie wspolnoty zwiazkowej z dana osoba? Tak bylo z doktorkiem... Bylo bo bylo... Bez planow na zycie, bez checi posiadania dzieci czy wspolnego psa... zylismy tak z dnia na dzien, z tygodnia na tydzien i minely lata... (do dzis laczy nas bardzo silna przyjacielska wiez-nie bardzo wiem, czy to dobrze, czy zle, ale przestalo mi to zaprzatac glowe i wiem, ze mam w nim przyjaciela i czesto ze soba rozmawiamy...)

Jestem czyjas kobieta zycia... To brzmi tak dumnie... I wiem... bo czuje, ze z Lordem Chaosem jestem w stanie dzielic wszystko co mam, a z biegiem czasu jestem sklonna do kompromisow, na ktore obiecalam sobie kiedys nie isc... I z kazdym dniem czuje to bardziej...

Choc nadal sie boje... Ze to tylko zludzenie, ze sie obudze, jak juz wiele razy i zamiast milosci beda same baboki...

Czy to dlatego nie moge spac?

środa, 13 lipca 2011

... a zycie mija...

czas leci, czas goni, czas nie czeka...
nie pamietam, kiedy tu bylam, nie pamietalam nawet jak sie pisze nowa notke...

zycie nie tylko mija, ale czasem plata figle. robi nam niespodzianki. zabiera i oddaje...

nie bede wnikac we wszystkie szczegoly mojego zycia, bo jest tego nie na jeden wpis. mysle, ze starczyloby na ksiazke.

jak to na prawdziwa lady chaos przystalo, poczatek roku wprowadzil w moje zycie zmiany.

a zaczelo sie tak...

4 lata liceum.
odkad powstala nk, dosc regularne maile.
spotkanie w 2008 roku i dotrzymywanie mej skromnej osobie towarzystwa na weselu przyjaciolki z piaskownicy... ale niestety wowczas nie bylo nam jeszcze dane. choc jak mawia babcia: co komu przeznaczone, na srodku drogi bedzie stalo rozkraczone. okres tego wesela zbiegl sie z tym, ze L. poznal inna i choc iskrzylo nam z oczu i z serca, to jednak kazde poszlo w swoja strone... zostalo wspomnienie wesela, okropnej migreny, z ktora w ten wieczor walczylam, pare tancow i jakies obietnice...
ja krotko potem zwiazalam sie z doktorkiem... i tak zycie mijalo... maile tez byly sporadyczniejsze...

przelom nastapil jesienia ubieglego roku. nasz kontakt odzyl. po tym jak L. rozstal sie z dziewczyna, ktora pokrzyzowala nam wspolna droge.
uzgodnilismy, ze sie w koncu na to obiecane wino spotkamy i ze bedziemy mieli w koncu psa i dzieci i ze pojedziemy w gory i w ogole zrobimy duzo innych fajnych rzeczy.

Styczen.
zanim nastapil styczen, tygodnie sie ciagnely dosc flegmatycznie, a ja w duchu cieszylam sie na wizyte w Londynie. moj owczesny zwiazek dawno sie wypalil, oboje zylismy w zawieszeniu i udawalismy, ze jest ok. ale nie bylo ok. od dawna nie bylo. ciezko bylo tylko spojrzec prawdzie w oczy i podjac decyzje. bo bylo wygodnie. bo byl ktos, kto byl nie facetem a przyjacielem. tak... wowczas nie sadzilam jednak, ze moje zycie stanie na glowie...

13. stycznia odliczalismy wrecz minuty do spotkania...
lotnisko.
i rozpedzona ja w poszukiwaniu tak znajomej mi twarzy... do dzis nie moge uwierzyc, ze po prostu przeszlam obok. bylam tak zdenerwowana, jakby to byla moja pierwsza w zyciu randka... a znamy sie przeciez od 15-stu lat... (zostalo mi do dzis i na lotnisku czesto po prostu szukam dalej, niz powinnam :P)
nie moglismy sie nagadac. bylo rowniez wino. byly tez krotkie odwiedziny u mojej przyjaciolki, a u ktorej to bylismy na weselu... zostalam u niej na noc i ta noc duzo nam uswiadomila... chcielismy byc tylko blisko... tak cholernie tesknilismy...
L. przed moim wylotem poprosil, zebym pozalatwiala swoje sprawy.
tak tez sie stalo...

moje zycie nabralo rumiencow i wielu emocji. pojawilo sie rowniez wiele watpliwosci i obaw. jak to bedzie. na szczescie samoloty na linii Hamburg-Londyn lataja codziennie i staramy sie widywac jak najczesciej, ale to i tak za malo...

tesknimy oboje. wpadamy i wypadamy. a zycie mija.
uczymy sie siebie. uczymy sie bliskosci, ale i zycia w pojedynke, bo jednak wiekszosc czasu jestesmy skazani na samych siebie.

mija pol roku. jestem szczesliwa. i sie strasznie boje. czasem jestem nieszczesliwa, bo sie boje.
to byla dobra decyzja. i zapach jego koszulki, ktorej zapomnial, wyraznie mi o tym przypomina.

trzy tygodnie czekania... dlugie godziny... krotkie wiadomosci... a potem te klika chwil, ktore mijaja lotem blyskawicy...

jak przystalo na lady chaos, mam swojego lorda chaosa i szczerze powiem, ze nie wiem jak bedzie...
ale skoro los tak mieszal, ze nie mielismy wyjscia i musielismy wykorzystac dana nam szanse, to musi byc dobrze :)

czas mija... a my tesknimy...

czasem mi zal.
zal straconych lat. tego, ze zabraklo nam odwagi. lord chaos sam przyznal, ze nie probowal, bo nie spodziewal sie, ze mialby u mnie jakiekolwiek szanse...

a czas uciekal...

ciesze sie jednak, ze nadrobilismy... ze sprobowalismy... ze sie odnalezlismy...

(lord chaos to idealne okreslenie stanu panujacego w glowie L. a chaos w jego glowie jest wiekszy niz w mojej :D)
miesiac temu minelo 10 lat na obczyznie... przeraza mnie konstrukcja moich wlasnych zdan... to pewnie przez ten balagan w glowie :)

poniedziałek, 13 września 2010

relatywnosc...

...jest dosc relatywna...

nie wiem dlaczego ta mysl mnie dreczy... bo w zyciu chyba wszystko jest takie... nawet czas jest relatywny i mimo, iz minuta trwa 60 sekund, to nigdy nie wiemy, jakie tempo narzuci nam zycie i ile takich sekund przeleci nam miedzy palcami, a ile bedzie sie ciagnac w nieskonczonosc...

tak wiec nie bylo mnie tu wiele miesiecy, a jednak nie odczulam zadnego braku. nie mialam czasu go odczuc... moje zycie leniwie sie toczy, a jednoczesnie zachrzania i nie moge za soba nadazyc... za niczym nie moge nadazyc... a tak bym chciala...

poza tym zaczynam popadac w jesienno zimowa depresje. bardzo nie lubie tego okresu. zimno, mokro, szaro i buro. moze powinnam zmienic polozenie geograficzne... tak, zeby ciagle bylo lato i slonce...


poza tym jeszcze jedna mysl... w nasze zycie wkradaja sie czasem ludzie, ktorzy na nie jakos wplywaja, a potem znikaja... fizycznie. bo mentalnie, z pamieci nie odejda nigdy. zastanawiam sie dlaczego nigdy nie zostaja na dluzej... nawet jesli czasem wracaja... byc moze nie byliby wowczas tak wazni i latwiej byloby ich zapomniec?? byc moze kiedys sie dowiem...
minal rok od naglej smierci Miska, a ja nadal kazdego dnia o nim mysle. co prawda nie rozgladam sie juz za nim w metrze czy na ulicy, nie szukam i nie licze na to, ze ten koles, ktory mnie mija, bedzie wlasnie nim... boje sie obejrzec nasze zdjecia, bo boje sie tesknoty, ktora sie obudzi... wiem, ze Misiek gdzies jest i ze jest szczesliwy, ale tu i teraz bardzo nam go brak... Misiek juz nie wroci, ale zostana wspomnienia i wdziecznosc, ze byl... dziekuje

niedziela, 7 lutego 2010

zachwytu ciag dalszy

jak wiekszosc wtajemniczonych wie, nie posiadam telewizora. a nawet jesli posiadam, to stoi on w piwnicy. malo tego, sa to dwa nawet. (chetnie komus oddam). konkretnie od jakis 4 lat nie mam w domu ww sprzetu. nie brakowalo mi do tej pory. Ale. Bywaja programy, ktore chetnie z Doktórem ogladamy. na przyklad Box. albo Dietera Bohlena. a poniewaz nie posiadajac Tv (w mieszkaniu) zaczelam odczuwac pewien dyskomfort. Zamowilam sobie zatem eyeTV. jest to stick usb do laptopa, z taka mala antenka. odbieram 27 kanalow (niestety tylko niemieckich). i jestem pod wrazeniem! nie potrzebuje dodatkowego odbiornika, podlaczam tylko wtyczke i gotowe. moge ogladac na macu. malo tego. jak mi sie zachce siusiu, to moge sobie wcisnac pause i wyjsc do toalety. albo przewijac do przodu lub do tylu. albo nagrywac i wycinac kawalki programow lub fimow. genialne po prostu. technika mnie fascynuje.

z innej beczki: jestem szczesliwa, ze mam nowa prace i nie musze chodzic do mojej starej firmy. tam pracuja chyba jeszcze tylko wariaci. w piatek jedna z personalnego rzucila mi na przyklad sluchawka. wyprowadzilo mnie to totalnie z rownowagi. serio. zero kultury czy instynktu samozachowawczego. tylko dlatego, ze wg niej jako studentka nie jestem nikim waznym i swiadectwa pracy na razie nie potrzebuje. wg mnie bez wzgledu na to, czy jestem studentka, czy nie, zasluguje na normalne traktowanie, a do swiadectwa mam takie sama prawa, jak inni pracownicy... i wtedy stracila cierpliwosc.... sorry, ale nie rozumiem takiego zachowania. ta firma bylych pracownikow traktuje jak potencjalnych wrogow, czy kule u nogi. zreszta wlasnych pracownikow nie traktuje lepiej, o czym moglam na wlasnej skorze sie przekonac.
jak dla mnie skandal. no i wiadomo, przykre takie podziekowanie. no ale czego sie spodziewac. w koncu jestem tylko studentka... a to, ze ponosilam odpowiedzialnosc taka sama jak pracownicy na caly etat, to nie wspomne...