czas leci, czas goni, czas nie czeka...
nie pamietam, kiedy tu bylam, nie pamietalam nawet jak sie pisze nowa notke...
zycie nie tylko mija, ale czasem plata figle. robi nam niespodzianki. zabiera i oddaje...
nie bede wnikac we wszystkie szczegoly mojego zycia, bo jest tego nie na jeden wpis. mysle, ze starczyloby na ksiazke.
jak to na prawdziwa lady chaos przystalo, poczatek roku wprowadzil w moje zycie zmiany.
a zaczelo sie tak...
4 lata liceum.
odkad powstala nk, dosc regularne maile.
spotkanie w 2008 roku i dotrzymywanie mej skromnej osobie towarzystwa na weselu przyjaciolki z piaskownicy... ale niestety wowczas nie bylo nam jeszcze dane. choc jak mawia babcia: co komu przeznaczone, na srodku drogi bedzie stalo rozkraczone. okres tego wesela zbiegl sie z tym, ze L. poznal inna i choc iskrzylo nam z oczu i z serca, to jednak kazde poszlo w swoja strone... zostalo wspomnienie wesela, okropnej migreny, z ktora w ten wieczor walczylam, pare tancow i jakies obietnice...
ja krotko potem zwiazalam sie z doktorkiem... i tak zycie mijalo... maile tez byly sporadyczniejsze...
przelom nastapil jesienia ubieglego roku. nasz kontakt odzyl. po tym jak L. rozstal sie z dziewczyna, ktora pokrzyzowala nam wspolna droge.
uzgodnilismy, ze sie w koncu na to obiecane wino spotkamy i ze bedziemy mieli w koncu psa i dzieci i ze pojedziemy w gory i w ogole zrobimy duzo innych fajnych rzeczy.
Styczen.
zanim nastapil styczen, tygodnie sie ciagnely dosc flegmatycznie, a ja w duchu cieszylam sie na wizyte w Londynie. moj owczesny zwiazek dawno sie wypalil, oboje zylismy w zawieszeniu i udawalismy, ze jest ok. ale nie bylo ok. od dawna nie bylo. ciezko bylo tylko spojrzec prawdzie w oczy i podjac decyzje. bo bylo wygodnie. bo byl ktos, kto byl nie facetem a przyjacielem. tak... wowczas nie sadzilam jednak, ze moje zycie stanie na glowie...
13. stycznia odliczalismy wrecz minuty do spotkania...
lotnisko.
i rozpedzona ja w poszukiwaniu tak znajomej mi twarzy... do dzis nie moge uwierzyc, ze po prostu przeszlam obok. bylam tak zdenerwowana, jakby to byla moja pierwsza w zyciu randka... a znamy sie przeciez od 15-stu lat... (zostalo mi do dzis i na lotnisku czesto po prostu szukam dalej, niz powinnam :P)
nie moglismy sie nagadac. bylo rowniez wino. byly tez krotkie odwiedziny u mojej przyjaciolki, a u ktorej to bylismy na weselu... zostalam u niej na noc i ta noc duzo nam uswiadomila... chcielismy byc tylko blisko... tak cholernie tesknilismy...
L. przed moim wylotem poprosil, zebym pozalatwiala swoje sprawy.
tak tez sie stalo...
moje zycie nabralo rumiencow i wielu emocji. pojawilo sie rowniez wiele watpliwosci i obaw. jak to bedzie. na szczescie samoloty na linii Hamburg-Londyn lataja codziennie i staramy sie widywac jak najczesciej, ale to i tak za malo...
tesknimy oboje. wpadamy i wypadamy. a zycie mija.
uczymy sie siebie. uczymy sie bliskosci, ale i zycia w pojedynke, bo jednak wiekszosc czasu jestesmy skazani na samych siebie.
mija pol roku. jestem szczesliwa. i sie strasznie boje. czasem jestem nieszczesliwa, bo sie boje.
to byla dobra decyzja. i zapach jego koszulki, ktorej zapomnial, wyraznie mi o tym przypomina.
trzy tygodnie czekania... dlugie godziny... krotkie wiadomosci... a potem te klika chwil, ktore mijaja lotem blyskawicy...
jak przystalo na lady chaos, mam swojego lorda chaosa i szczerze powiem, ze nie wiem jak bedzie...
ale skoro los tak mieszal, ze nie mielismy wyjscia i musielismy wykorzystac dana nam szanse, to musi byc dobrze :)
czas mija... a my tesknimy...
czasem mi zal.
zal straconych lat. tego, ze zabraklo nam odwagi. lord chaos sam przyznal, ze nie probowal, bo nie spodziewal sie, ze mialby u mnie jakiekolwiek szanse...
a czas uciekal...
ciesze sie jednak, ze nadrobilismy... ze sprobowalismy... ze sie odnalezlismy...
(lord chaos to idealne okreslenie stanu panujacego w glowie L. a chaos w jego glowie jest wiekszy niz w mojej :D)
miesiac temu minelo 10 lat na obczyznie... przeraza mnie konstrukcja moich wlasnych zdan... to pewnie przez ten balagan w glowie :)